Zgodnie z rozkazem wytropiliśmy dezerterów na południowej pustyni. Znaleźliśmy starego Colby’ego ukrytego w skalnej jaskini, mamroczącego do siebie pod nosem. Po pozostałych nie było ani śladu.
Spytałem Colby’ego, co się stało, a ten uraczył mnie niezwykłą opowieścią, którą tu w całości spisałem.
„Nie zdezerterowaliśmy, tylko wyruszyliśmy na poszukiwanie skarbu! Jacoby ubzdurał sobie, że złowieszcze
ruiny, opisane na bransolecie jako Obserwatorium, są pełne skarbów.
Jacoby namówił mnie i chłopaków, żebyśmy z nim poszli, i zabrał nas nad urwisko z długaśną liną,
planując wspinaczkę.
Cóż, wejście było strome i niebezpieczne, szczególnie że poszliśmy nocą, aby uniknąć kanibali,
którzy opanowali okolicę, jednak wybraliśmy pogodną, spokojną noc przy pełni księżyca i dostaliśmy się
na sam szczyt.
Muszę przyznać, że te ruiny nie podobały mi się od chwili, gdy do nich dotarliśmy. Zwykła kupa czarnych, złowieszczych
kamieni skąpanych w księżycowej poświacie, a skarbu ni widu, ni słychu.
Jacoby zaczął się rozglądać za skarbem i odkrył jedną z tych świecących tabliczek.
I wtedy ten głos – wiesz który – zaczął mówić o konstelacjach i znakach w gwiazdach, a załoga
zaczęła psioczyć i przeklinać Jacoby’ego, że nas tu zaciągnął po nic. I wtedy nadeszło TO...
Nigdy wcześniej czegoś takiego nie widziałem. Miało skórę jak strawiony zarazą trup i czarne, najeżone futro. Jego czerwone oczy
świeciły w ciemnościach niczym piekielne żagwie, a gdy stanęło dęba, jego skrzydła przyćmiły blask księżyca.
Jacoby pierwszy padł ofiarą stwora, który jednym kłapnięciem odgryzł mu głowę.
Razem z chłopakami rzuciliśmy się z wrzaskiem do ucieczki, próbując dostać się
do liny i uciec bestii, nim nas dopadnie.
Dotarłem do liny i zacząłem się ześlizgiwać, zdzierając skórę z dłoni. Nade mną rozbrzmiewały krzyki
przerywane chrupotem zaciskanych szczęk, a z nieba padał deszcz ciepłej krwi. Lina kołysała się i rzucała mną o ścianę urwiska.
Trzymałem się jej kurczowo, lecz... w końcu puściłem.
Spadałem długo, aż w końcu wylądowałem w koronie drzewa i straciłem przytomność.
Gdy się ocknąłem, byłem sam na pustyni i właśnie nadciągała burza piaskowa. Udało mi się dotrzeć
do schronienia, gdzie mnie znalazłeś”.
Odprowadzę Colby’ego z powrotem na statek, żeby można było go osądzić. Moim zdaniem powinien zawisnąć na rei.
Jestem pewien, że kłamie, aby kryć pozostałych.